Pobudka zgodnie z planem o 10.00. Żeby zdążyć na śniadanie. Te jest przyjemne. Takie inne niż przeważnie jadałem w hotelach. Bardziej kolorowe. Mamy trochę luzu, więc postanawiam się pochylić nad planem na Chiny. Najważniejsze, o czym należy pamiętać, to że mogę tu być tylko 15 dni. Taka nowość dla Polaków. Od lipca tego roku nie potrzeba wizy w Chinach, jeśli wyjazd jest turystyczny i nie przekracza 15 dni. Zamierzam się zmieścić w czasie, bo już mam dosyć męczenia się z chińskim aparatem państwowym. Rozmawiam z Jackiem. Bardzo mi pomaga. Padło na to, że dziś spędzę dzień z nim w Shihezi. Wieczorem pojadę pociągiem do Urumqi, a stamtąd do Xi’an. W ten sposób w trzy dni pokonam 3000 km. Ucieknę od zimnej pogody i będę miał więcej czasu na ciekawsze miejsca i spotkania z ludźmi. Tak, bardzo bezpieczne rozwiązanie. Jest tylko jeden minus. Przejazd z Urumqi do Xi’an to 2500 km. Ponad 24h xD. Bo to nie jest ta szybka kolej 😉
No to się wjebałem…
Idziemy w miasto. Udaje się wymienić dolary na jeny (więcej zachodu niż się spodziewałem) oraz ogarnąć kartę SIM (jeszcze więcej zachodu xD). Trochę to trwało. Następnie wybieramy się do muzeum. Nie będę udawał, że zdarza mi się to często w podróży (czy w ogóle często xD). Ale Jack chyba też jest tu pierwszy raz. Jesteśmy w prowincji Sinciang. Muzeum jest o jakichś żołnierzach, co to w końcu rzucili karabiny i wzięli się za pługi. „From soldiers to farmers” Jack powtarza jak mantrę. Czas na obiadek. Idziemy do jakiejś restauracji. Od razu rzucam się personelowi w oczy. Shihezi to żadną miarą nie jest miejsce turystyczne. Biały przykuwa uwagę. Jedna kelnerka łapie mój wzrok i mówi przeciągle „haaaay” z wielkim uśmiechem na ustach.
Na obiad kluski z wołowiną. Mmmm. Na czym polega kuchnia chińska chyba mniej więcej każdy kojarzy. Wiadomo, że generalnie smakuje :). Z tego, co policzyłem, to dużo taniej niż u nas. Jeszcze taniej niż w Kazachstanie. A porcja… Naprawdę rzadko zdarza mi się zostawić coś na talerzu… I to jeszcze w restauracji… I w podróży… Ale poddałem końcówkę. Wiem, wstyd.
Wczoraj miałem okazję popraktykować używanie pałeczek na pierogach. W Kazachstanie na sushi. Ale jedzenie makaronu w ten sposób to już trochę inna bajka. Ale jakoś poszło. Wyraźnie jestem w tym coraz lepszy. Ale się obżarłem… Ludzie w restauracji podchodzą, zagadują, robią zdjęcia. Wygląda na to, że jestem atrakcją. Wspomniana kelnerka podchodzi do stołu, wymienia chusteczki i z nerwowym uśmiechem wypowiada: „heeey, where are you from?”. Niestety chyba wyczerpała tym swoją znajomość języka angielskiego. Bardzo przyjemny obiad.
[modula id=”498″]
Idziemy jeszcze się przespacerować po mieście. Pomimo naprawdę paskudnej pogody ludzi na ulicy nie brakuje. Grają w karty i tańczą w parku. Fajnie. Jack tłumaczy mi, że to Ujgurzy… Hmmm… Jestem raczej zaznajomiony z sytuacją Ujgurów w Chinach. Kiedyś trochę o tym czytałem. W Kazachstanie poznałem dziewczynę, która jest Ujgurką i urodziła się w Xi’an. Ani przez moment się nie wahała, porównując sytuację Ujgurów do Holokaustu… Ci tutaj wydają się cieszyć życiem. Ale to wcale nie oznacza, że nie są mocno dociskani przez państwo. Na koniec jeszcze udaje mi się kupić chińską kostkę do gniazdka (10 zł. Bajka) i czas udać się na pociąg. Przypadkiem jedzie z nami ziomek, co nam sprzedał tę kostkę. Tak o, z czapki xD.
Dworce kolejowe mają tu więcej zabezpieczeń niż większość lotnisk, na których byłem w życiu. „Chiny to najbezpieczniejszy kraj na świecie” – Jack często to mówi, podobnie jak mój wczorajszy kierowca. Przyznaję, czuję się bardzo bezpiecznie. Ale ja generalnie czuję się bezpiecznie. Za to nie powiem, żebym się czuł jakoś komfortowo.
Czas się pożegnać z Jackiem. Świetny koleś. Bardzo mi pomógł. Teraz „opiekę” nade mną przejmuje sprzedawca ze sklepu. Nie potrzebuję jego pomocy, spokojnie ogarnąłbym, co i jak na dworcu. Ale nie będę się kłócił i dam się prowadzić za rękę. Odnajduje pociąg, wagon i miejsce w wagonie i… Proszę, proszę. Obok mojej miejscówki siedzi akurat bardzo, bardzo atrakcyjna Chinka. Już ściągam plecak i myślę, jak tu do niej wcale nie zagadam.
Niestety, mój opiekun siedzi niedaleko i pokazuje, żebym koniecznie usiadł z nim. Coś się próbuję wyłgać, że nie rozumiem, że moje miejsce jest tu, ale nie dał za wygraną. Siadamy razem… A on jeszcze ze mną chce gadać… I nie, nie potrafi po angielsku. Ech… Taka ładna Chinka…
Transfer z jednego pociągu do drugiego w Urumqi przechodzi sprawnie. Tu już jest naprawdę kawał dworca. Pociąg rusza 22.26. Wchodzę do środka bez problemu i…”o shit” myślę. W Chinach są pociągi szybsze i wolniejsze. Wyobraziłem sobie w mojej głowie, że to taki podział pewnie jak u nas. Błąd. Pociąg, którym jadę, jest stary, śmierdzący i wypchany do ostatniego pasażera. Jest ciasno, głośno (Chińczycy są dużo głośniejsi, niż bym się tego po nich spodziewał) i cholernie nieprzyjemnie. I w takich warunkach ponad 24h? No to się wjebałem…
